Blog chwilowo zawieszony. Doczeka się jednak ukończenia.

czwartek, 5 czerwca 2014

Heh. Na dworze dawno nie było tak pięknie. Zanim się obejrzałem szary i nudny zimowy pejzaż przeobraził się w tętniący życiem i aż bijący kolorami po oczach. Niebo było prawie tak czysto niebieskie jak oczy naszej kochanej Tsubaki. Ją też cieszyła piękna pogoda. Wszędzie było jej pełno i prawie co dzień wyciągała mnie na długie spacery, po których moje nogi bolały tak, że myślałem, iż następnego dnia nie dam rady wstać do szkoły. Teraz niestety energiczna panienka złamała sobie nogę i siedzi w szpitalu. Ech... wspomni moje słowa, kiedy to wypominałem jej, że za szybka jazda na rolkach może skończyć się źle. I tak powinna się cieszyć, że tylko noga, a nie samochód, który przejechał jej przed oczyma. Głupia.  Była o włos od śmierci. Myślałem, że tam zawału dostanę. Ale, ale. Wróćmy do chwili obecnej. Tak więc wraz z moim najdroższym przyjacielem jesteśmy w trakcie drogi powrotnej do domów. Mieszkamy dosyć blisko siebie, więc możemy razem wracać. Spojrzałem na idącego obok Nariko. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały uśmiechnął się niewinnie. Jego bladoróżowe oczy jednak pozostały smutne. Ciekawi mnie czemu.
- Nariko-chan~ - zanuciłem przeczesując dłonią jego włosy. - co ty taki zmartwiony, coo? - wygiąłem usta w podkówkę. Strząsnął moją dłoń, strasznie nie lubił, gdy ktoś dotykał jego włosy. Spojrzał na mnie mrużąc przy tym oczy, jakby intensywnie nad czymś rozmyślał. Po chwili odpowiedział na moje pytanie:
- no wiesz... Jesteśmy już w trzeciej klasie, testy, wybór dalszej szkoły... Możliwe też, że będziemy musieli się rozstać, nie? Ach, to takie smutne, smutne... - zaśmiał się ponuro. Huh, w sumie miał rację. Poszliśmy więc dalej nie kontynuując tematu. Drogę przecięły nam bawiące się dzieciaki państwa Sahakich, za nimi biegła zdenerwowana matka. Ile one mają w sobie energii. Automatycznie przypomniałem sobie dzieciństwo swoje i Nariko. Było bardzo zbliżone do ich... No może tylko w pewnym... dobra, wcale. Czytaliśmy książki i spędzaliśmy dnie w księgarniach lub też bibliotekach. Czy była to ambitna literatura, to nie wiem. Ale na pewno bawiła nas bardziej niżeli telewizja.
- Czujesz to? - zapytał w pewnym momencie Nariko zaciągając się słodką wonią, która wreszcie dotarła i do mnie. Bzy. Ulubione kwiecie różowookiego. Uśmiechnąłem się pod nosem patrząc jak twarz przyjaciela promienieje. Z tymi swoimi łagodnymi rysami twarzy i wielkimi oczyma w niezbyt męskim kolorze wygląda jak dziewczyna. Ba, i to stosunkowo młoda. Gdybym go nie znał to dostałby ode mnie jakieś 14 lat, no i oczywiste określenie płcią piękną. Jego imię jeszcze potęguje ten śmieszny efekt. Nariko-chan. Jak dla jakiejś dziewczynki z mangi shojo, ha ha. Zerwałem randomowego przydrożnego kwiatka i wpiąłem mu go w blond włosy.
- Co ty robisz? - spojrzał na mnie jak na psychicznego niedorozwoja. Ał, jego spojrzenie przewierca mnie na wskroś. Boli. Pali!
- Nic, nic. Ładnie ci. - wyszczerzyłem się patrząc jak jego lico znów czerwienieje. - Na~ri~ko-cha~n! - tego było już za wiele. Blondasek wpadł w furię i uderzył mnie książką od historii w twarz, potem zaczął okładać resztę mojego ciała. Uciekając od niego potknąłem się o krawężnik i... prawie wpadłem na ulicę, pod rozpędzony tir. Jedyne, co mnie zatrzymało, to stalowy uścisk ręki Nariko. Odsunąłem się parę kroków i opadłem na kolana ciężko dysząc. Mogłem umrzeć. Tak po prostu. Przełknąłem głośno ślinę.
- P-p-przepraszam. - zaczął jęczeć jeszcze bardziej przerażony ode mnie blondyn. Hej, to prawie ja wpadłem pod tir, a on wygląda jakby miał wyzionąć ducha. Po krótszej lub dłuższej chwili otrząsnąłem się z szoku.
- Idziemy? nic złego się nie stało, uspokój się głuptasie. - powiedziałem podnosząc się.
- Ach? - spojrzał na mnie niezbyt mądrym wzrokiem. - a! jasne. - uśmiechnął się przepraszająco, unosząc przy tym ramiona do góry. W jego oku błysnęła łza, choć mogło mi się tylko zdawać. - ch-chodźmy już. - zaproponował pomagając mi wstać. Mimo, że już pewnie stałem na ziemi, to i tak nie puścił mojej dłoni. Ta, ściskał ją tak mocno, że krew mi nie dopływała.
- Nariko! - syknąłem wreszcie. Mimo drobnej postury był silny. - boli....
- Wybacz, wiem, że zachowuję się dziwnie... - skarcił sam siebie. Dalsza droga była już na nasze szczęście spokojna. Pożegnaliśmy się przed furtką mojego domu i Nariko poszedł w swoją stronę. Zatrzasnąłem za sobą bramę i poszedłem w głąb, by za chwilę znaleźć się w naszym ciasnym, ale przytulnym domku. Już w korytarzu czuć było charakterystyczny zapach sosu słodko-kwaśnego oraz dźwięki naczyń i sztućców w kuchni. Nie mogę się doczekać obiadu, dania, które robi tata są takie cholernie dobre. Odstawiłem swój plecak przed drzwiami mojego pokoju i poszedłem do lokum młodszej siostry. Zapukałem cicho trzy razy, po czym wszedłem do pomieszczenia. Futari miała u siebie bardzo dziewczęco. Jasne, żywe kolory dominowały w jej pokoju. Białe meble i podłoga, bladoróżowe ściany i duże okno przysłonięte firanką w podobnym kolorze. Jej łóżko miało ozdobne oparcie, a na nim leżała kolorowa kołdra, poduszka z jakąś postacią i masa pluszowych stworów. Wśród nich siedziała właśnie moja siostra czytając książkę ze smętnym wyrazem twarzy. Jej czarne włosy opadały w gęstych falach na ramiona, sięgały aż bioder. Miała piękne europejskie, jasne oczy po matce i rumianą cerę.
- Witaj księżniczko. - rzuciłem ze swoim standardowym szerokim uśmiechem siadając obok niej. Nawet nie wysiliła się na uśmiech. - jak się czujesz? - spojrzała na mnie swoimi smutnymi oczyma w kolorze letniego nieba.
- dobrze. - odparła.
- Kłóci się to z twoim wyrazem twarzy, wiesz?
- To po co się pytasz? - westchnęła oplatając mnie ramionami. - boję się. Jak będzie wyglądać moja przyszłość? - zapytała, sam nie wiem czy siebie, czy mnie. Brązowowłosa schowała głowę w zagłębieniu mojej szyi i znów przeciągle westchnęła.
- Nie wiadomo przecież jak szybko się to rozwinie. - pocieszyłem ją. - Tymczasem baw się, Futari. Wykorzystaj ten czas tak, żebyś potem nie żałowała, że czegoś nie spróbowałaś. Czemu nie wyjdziesz z Momo albo Tanaką? Tęsknią za waszymi wypadami... - przeczesywałem dłonią jej gęste włosy, a ton głosu starałem się zmienić tak, aby jak najbardziej dodać siostrze otuchy.
- obiad! - usłyszeliśmy z kuchni wołanie ojca. Odlepiliśmy się od siebie i poszliśmy zjeść wspólnie posiłek. Tata zastawił przed nami stół i usiadł naprzeciw. Jak zawsze wyglądał pogodnie i optymistycznie, nucił cichutko pod nosem jakąś skoczną piosenkę.
- Smacznego! - powiedziałem złączając dłonie. Reszta domu zrobiła tak samo i zabraliśmy się do jedzenia smakowicie wyglądającego dania z ryżem. Podczas konsumowania posiłku uważnie przyglądałem się siostrze. Jasnooka z trudem utrzymywała miseczkę w powietrzu, ręka trzęsła jej się jak galaretka.
- Jesteśmy w domu, tu etykieta nie jest aż tak ważna. Możesz postawić ta miskę na stole, jeśli trzymanie sprawia ci trudność... - mruknąłem. Kasztanowowłosa momentalnie obróciła się w moją stronę z małą dezorientacją na twarzy.
- Mogę? - zapytała raz jeszcze dla pewności, przed odstawieniem miseczki z ryżem.
- ubrudziłaś się, świntuchu. - zaśmiałem się ścierając papierową serwetką kawałki ryżu z jej brody. Tata patrząc na nas mimowolnie się uśmiechnął, a wokół jego brązowych oczu utworzyły się zmarszczki. Siostra syknęła zarumieniona i odwróciła się ode mnie, uderzając tym samym falą loków w twarz.  Ugh. A ja tylko chciałem być miły. Dokończyłem posiłek i po pozmywaniu naczyń po wszystkich udałem się do swojego pokoju w celu odrabiania lekcji i nauki. Jednakże nie zdążyłem się za to nawet zabrać, ponieważ usłyszałem walnięcie w okno. Oho. Podszedłem do niego i otworzyłem na oścież wychylając się przez nie. Parę metrów dalej znajdowało się okno przyjaciela. Mówiąc "mieszkamy niedaleko siebie" miałem na myśli bardzo małą różnicę.
- nudzi ci się? - mruknąłem. - Znowu jutro będziesz narzekać, że nie zdążyłeś się nauczyć na angielski.
- We mnie płynie angielska krew! - wykrzyknął blondyn przyjmując teatralną pozę. - moje umiejętności....
- Są na poziomie: Hello how r u? - dokończyłem za niego śmiejąc się donośnie.
- Ja to nie ty. - wytknął mi język chłopak. - wyyjdźmy gdzieś! -jęknął rozpaczliwie. - nawet loda ci postawię, ale wyjdźmy!
- kusząąca propozycja. - zachichotałem, a on dopiero zdał sobie sprawę z dwuznaczności tejże propozycji. Jego twarz stała się cała czerwona. Okrzyknął mnie idiotą i zatrzasnął okno.

                                     


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz